| Dziennik poetycki 2006r |
|
Dziennik poetycki /fragmenty/2006r.
Lipcownik Orzech / czwarty Jest mędrcem pośród drzew oraz stworzeń. Jest stateczny i pragmatyczny. Ciepły i użyteczny. Dyskretny i ożywczy. Dopuszcza do siebie w pełni tylko tych, którzy potrafią go obdarzyć pogłębionym zainteresowaniem. Wtedy odkryje swoje wszystkie walory. Odwiedzają go przelotne ptaki i poszukujący szlachetnego odosobnienia. Jądro czerni które w sobie mieści orzech pieczętuje tylko jego wyjątkowość. Moje wstąpienie w aurę orzecha było spontaniczne i zbawien-ne. Odtąd doświadczam jej zawsze jakby niepostrzeżenie. Mimochodem. Pisklę / czternasty Ta fajka jest wysiadywana przez gniazdo. Pisklę obrazu. Pisklę metafory. Pisklę idei. Piskliwe myśli. Czym je nakarmić? Wykarmić – tygrysa tajonego głodu. Kasztany westchnień. Irysy podniecenia. Biedronki przyzwyczajeń. Maki umiarkowania. Costas ; przypomniałem go sobie. Nie wiem jaki ciąg skojarzeń doprowadził mnie do tej skorupy. Bo jest skorupą, chyba! A może mumią. Ciekawe jak ,,piaskowanie ‘’ go zmieniło, muszę wreszcie go ekshumować . Biedny Costas! Odszedł z nudów? Głodu miłości? Zasuszony, zapomniany po dwakroć. Czy na pewno? Jako skorupa jest użyteczny, bo pusty. Umiejętność wypełniania pustki jest sztuką trudną, jeszcze większą jest powstrzymywanie się przed ingerencją, odciskaniem swoich śladów. Skorupy idei. Futerał na myśli. Żółwie metafory. Skorupy znaków. Znaki na skorupie. Zmarszczki skóry ziemi. Ciało żółwia posłużyło kiedyś mitologiom jako model ziemi, a z pęknięć skorupy umieszczonej w ognisku, wywiedziono najstarsze pismo świata. Fuga / osiemnasty Cykady słychać najgłośniej na przedmieściach, gdy dojrzeje lato i łąki są nasłonecznione, nie milkną wtedy od późnych popołudni do skwarnych zmierzchów. A miasto gra inaczej. Jego symfonii słuchaj w centrum. W miejscu połowu słów i dźwięków. W świeżym, wartkim nurcie, który często bywa kakofonią. Kiedy miasto cię otacza, oblepia, kiedy tkwisz w jego żywej tkance i złuszczających się warstwach miazgi miasta. Cykady słychać najgłośniej na przedmieściach, w słoneczne dni, w przedwieczornej porze; gdy lato dojrzewa. A symfonia miasta rodzi się i jest najlepiej słyszalna w punkcie krzyżujących się dróg ludzkich, nieludzkich dążeń, rozstań, powitań, kolizji, nieoczekiwanych spotkań, rozpoznań, ucieczek. Na te wszystkie, chromatyczne zawiłości partytury nakładają się rozległe, mechaniczne frazy dźwięków. Cykady słychać najgłośniej na przedmieściach, słoneczną przedwieczorną porą gdy dojrzeje lato. Symfonii industrialnej towarzyszą didaskalia losów, tworzą ją rozliczne plany ludzkich głosów. Wibrują słowa których sensu można się tylko domyślać bo tłumią je dźwięki naturalnej muzyki miasta. Nieczytelne libretto łączy się nierozerwalnie z symfonią miasta. Cykady słychać najgłośniej na przedmieściach… Sierpiennik Podziemie / osiemnasty Makbara to część arabskiego cmentarza gdzie żywi dzielą się swą miłością z umarłymi. Kochankowie spotykają się potajemnie nocą aby być razem zdala od surowości współziomków. Szczęście mogą powierzyć bezpiecznie tylko umarłym i duchom. Oni ich rozumieją bardziej, bo pośmiertne życie erotyczne to kraina tętniąca namiętnościami jak każda inna. Tłumione życie erotyczne z różnych powodów, przenosi się i bujnie tu rozkwita. Makbara to miejsce gdzie miłość i śmierć spotykają się i łączą bez uprzedzeń. Wspominam pierwsze dreszcze erotyczne z cmentarza mojego miasta, z przed bodaj czterdziestu lat. Ciekawe że dziewczyna nosiła imię Małgorzata, a to imię symboliczne, choćby Margot –tancerka śmierci. Nie spełniłem jej oczekiwań do końca, dlatego to pamiętam. Wrzesiennik Maison Magritte / trzynasty Georgette przygotowując obiad, spogląda od czasu do czasu na Rene pracującego w otwartej pracowni. Truskawkowy dywan ogrodu wdziera się do kuchni i napełnia ją esencją lata. Rene siedzi w studio, maluje obraz; głośno myśli. Mówi coś do Georgette ale ona go nie słyszy. Nie rozumie słów odkąd Rene odarł je ze skóry znaczeń. Gęsty las bilbokietów wyrósł z poszycia truskawkowego dywanu – myśli osypują się niespiesznie, otulone pikowaną kołdrą zwietrzałych sensów. Potykają się. Bruksela oddycha morzem, chmury roztrzaskują się o głazy meloników nad Ardenami. Samotna trąba płonie zimnym ogniem. Muzeum masonerii jest dzisiaj zamknięte a jutro będzie dzień otwartych drzwi. Georgette podmywa się w łazience a Rene łuska fasolę pozorów w swojej pracowni. Cepeliny bagietek płyną flamandzkim niebem. Loulou zamarł na chwilę na dywanie biednych. Areopag cyklopów zbiera się w soboty; przedsionek pełni. To miejscowi masoni wyobraźni. Muzeum nocy otwiera się aby za jakiś czas ryszyła maszyna świtu. Rene antycypuje; maluje dwa obrazy ; na pierwszym Loulou wypchany –tytuł ;,Paroksyzm’’, drugi, Loulou marmurowy, podpisany ,,wewnętrzna istota’’. Tej nocy podczas snu maluje jeszcze dwa kolejne; ,,utrudzona swawola’’ i ,,rozkosz wezbrana’’. Gdy ogląda je rankiem dostrzega że noc utleniła barwy a świt strzaskał słowa. Pokruszone leżą teraz pod sztalugą. Laska malarska ukośnie i nieruchomo tkwi nad krzesłem; posłaniec. |